|
Ujawnienie przez brytyjski rząd, że w ciągu ostatnich 2 lat do pracy w Wielkiej Brytanii przyjechało niemal 450 tyś. obywateli z nowoprzyjętych krajów unijnych, w tym najwięcej z Polski, wywołało lawinę komentarzy w prasie brytyjskiej.
Słowa "Poland" i "Polish" pojawiały się w różnorakich kontekstach we wszystkich tytułach, zarówno ogólnokrajowych i regionalnych. The Independent zdecydowanie poparł napływ imigrantów. Daily Telegraph i The Sun martwiły się, jak wpłynie to na służbę zdrowia. Guardian, ale również Financial Times i Times przestrzegały przed wprowadzeniem restrykcji dla nowych państw członkowskich - Rumunii i Bułgarii. Dla przeciętnego Bytyjczyka lub Irlandczyka Polak to imigrant zarobkowy, który przyjechał z biednego, postkomunistycznego kraju w poszukiwaniu pracy i pieniędzy. Czy w takiej sytuacji jakikolwiek sens mają działania prowadzone na rzecz poprawy wzierunku Polski za granicą? Czy najpierw nie trzeba więc "zatrzymać" Polaków w kraju, podreperować gospodarkę, zmniejszyć bezrobocie, a póżniej dopiero promować kraj za granicą? A może oba procesy należy prowadzić równocześnie? Oto opinie naszych ekspertów: Krzysztofa Górskiego, koordynatora akcji "PR dla RP", Tomasza Michniewicza z tygodnika Polityka i Radka Popiela, specjalisty ds. PR.
Krzysztof Górski, Inicjator i koordynator akcji "PR dla RP", Prezes Instytutu Marketingu Politycznego, specjalista public realtions
Nie rozumiem i nie podzielam tego ogólnego narzekania z powodu wyjadzów. Dla mnie to jest powód do radości i dumy! JESTEŚMY WOLNI! Jestem z pokolenia pamietającego dobrze jeszcze mordęgę wyjazdów na zachód za komuny. Pamiętam swoje emocje, kiedy przekraczałem granicę. Jako student też pracowałem ukradkiem w różnych krajach. Dlatego wciąż sie nie mogę nadziwić, że jeżdżę dziś "na dowód osobisty" do Londynu czy Paryża. Zazdroszczę dwudziestolatkom, że mogą studiować albo i zaczynać kariery zawodowe na zachodzie. Że nie jest to czasami lekkie i przyjemne - to inna sprawa. W każdym razie o to walczyliśmy, żeby można było dziś swobodnie jeździć po świecie i pracować i zarabić gdzie i jak się chce. To wszystko nie zwalnia władz dzisiejszej RP z odpowiedzialności za stan gospodarki w kraju (w tym bezrobocia zwłaszcza), za nastroje społeczne, poczucie bezpieczeństwa, i ogólnie "chęć do życia" tu i teraz itd. Ale to już jest osobna, głównie polityczna debata. Nie zwalnia to też władz z obwiązku dbania o intreresy obywateli RP za granicą. Nawet gdyby w Polsce było teraz już NAJ-, NAJ-, NAJ-, pod każdym względem, wyjazd nie tylko na weekend, ale na dłużej do Londynu (Paryża, Barcelony czy Berlina, że nie wspomnę o Nowym Jorku) z opcją pracy i pozostania tam na kilka lat np. BĘDZIE NADAL ATRAKCYJNY. Po prostu choćbyśmy nie wiem jak tupali nogą, to dystansu cywilizacyjnego nie da się zniwelować w kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Mało tego: centrum nowoczesnego świata (technologia, kapitał, kultura, życie społeczne etc) może być tylko jedno (plus dwa-trzy poboczne). Polska nie jest i nie będzie żadnym z nich w tym stuleciu. Cóż więc dziwnego, że tak wielu młodych Polaków (MAJĄC TAKĄ MOŻLIWOŚĆ - bo są WOLNI!) chce się zmierzyć z tym Centrum Świata. A co do wizerunku RP - trzeba o niego dbać zawsze i wszędzie. Jest on zresztą jak mozaika w kalejdoskopie - składa się z tysięcy pojedynczych, osobnych szkiełek. Nie ma więc i jednej recepty "co robić". Promować kraj za granicą warto zawsze, zwłaszcza kiedy jest uboższy i może więcej na tej promocji zyskać. I w wielkiej polityce i w małych przyziemnych codziennych sprawach.
Tomasz Michniewicz - dziennikarz tygodnika Polityka i BIS Polskie Radio
Polacy wyjeżdżający na Wyspy w poszukiwaniu pracy są zazwyczaj młodzi, wykształceni, znają angielski. Na tle "średniej krajowej" stanowią całkiem atrakcyjną grupę społeczną, więc - zgodnie z zasadą, że stereotypy najłatwiej przełamuje się w kontaktach bezpośrednich - być może paradoksalnie bardziej poprawią niż popsują wizerunek Polski za granicą. Świadczyć o tym może choćby fakt, że Brytyjczycy masowo żenią się z Polkami, szukają ich w biurach matrymonialnych. Uważają, że Polki są ładniejsze i inteligentniejsze niż Brytyjki. Bezrobocie w Polsce spadło, choć tylko statystycznie - właśnie głównie z powodu dużej ilości wyjazdów za granicę w poszukiwaniu pracy. Emigracja zrobkowa młodych ludzi nie stanowi problemu gospodarczego - to przeważnie wyjazdy okresowe, nawet wakacyjne. Polacy wyjeżdżają by zarobić pieniądze, które wykorzystają po powrocie do kraju. Większym problemem wydaje się być odpływ specjalistów - anestozjologów, pielęgniarek, a ostatnio - zapowiadany odpływ nauczycieli. Żyjemy w globalnej wiosce. Polska musi zacząć konkurować na ogólniejszym poziomie niż dotychczas. Musimy zrozumieć, że obecnie warunki życia w danym kraju, infrastruktura czy możliwości rozwoju stanowią pole konkurencji, i można je porównywać przy podejmowaniu decyzji o wyborze miejsca zamieszkania.
Radek Popiel - specjalista ds. PR.
Zatrzymać Polaków w kraju, podreperować gospodarkę i dopiero promować kraj za granicą? Zatrzymywano nas przed 1989 rokiem. Mieliśmy wtedy nieco gorszą prasę niż obecnie... W promowaniu Polski nie o promocję chodzi, ale o stworzenie dogodnych warunków dla obcokrajowców, o ułatwienie dialogu, wreszcie o zmianę złych postaw i przyzwyczajeń, a przede wszystkim zmianę otoczenia na bardziej przyjazne, racjonalne i otwarte. Gospodarkę zostawmy tym, którzy wiedzą o niej więcej. O wizerunku każdego kraju decydują trochę politycy, ale przede wszystkim obywatele. Politycy niestety przeważnie mizdrzą się przed kamerami, nawołują do linczów i bitew o honor narodu. Kiedy jako czterolatek bawiłem się w piaskownicy koledzy przeżywali mnie "chudy". Bardzo tego nie lubiłem i mogę zrozumieć, że "ziemniak" to też nie komplement, ale nigdy nikogo nie chciałem za to bić. Podobnie, zapytany o godzinę nie odpowiadam: "wpół do czwartej, Dziadu." Inny przykład: pewien minister wyjechał na spotkanie robocze do Brukseli i gdy dowiedział się, że trzeba ustalić wysokość kwot mlecznych... ostentacyjnie wyszedł z sali. Stwierdził, że to poniżej jego godności. Nie wiedział, że należy to do jego kompetencji. Tupanie nogami i głośne walenie rękami w pulpity pojawiło się w Parlamencie Europejskim wraz z posłami Ligi Polskiej Rodzin i Samoobrony. W tym kontekście praca osoby odpowiedzialnej za wizerunek Polski przypomina zmagania Syzyfa. Na szczęście jesteśmy my - Polacy. Na co dzień odpowiadamy za nasz wizerunek. Poprzez polskie makarony, luksusowe wódki z najwyższej półki, najlepszych na świecie informatyków, sportowców i wreszcie zwykłych ludzi. Wyjeżdżamy na studia, do pracy, w odwiedziny za granicę. Po rozszerzeniu Unii Europejskiej ten ruch nasilił się w obie strony i jest to najlepsza rzecz dla wizerunku Polski za granicą. Nic tak nie zbliża jak dialog. Promocja kraju to już zupełnie inna historia. Nie wystarczy postawić billboard i czekać aż przyjadą. Najpierw powinniśmy zająć się tymi, którzy już tu są, ale wracają do siebie z mieszanymi uczuciami. Niedawno gościłem w Warszawie kolegę z Francji. Pierwszego dnia w pociągu otrzymał karę za przejazd z biletem, ale bez ważnej legitymacji (PKP nie uwzględnia legitymacji międzynarodowych). Drugiego dnia policjant miłosiernie odpuścił nam 100 złotowy mandat za spożywanie Bordeaux na ławeczce w parku (we Francji wino to rzecz absolutnie normalna i nikt z tego powodu nie cierpi). Następnie chciał zabrać mojego gościa do "polskiej izby wytrzeźwień", ponieważ błyskotliwie zauważył, że ten nie rozumie jak się do niego mówi (po polsku). Trzeciego dnia, gdy odwiedzał swojego przyjaciela w Warszawie, został ugoszczony suto zastawionym stołem ociekającym polskim tłuszczem. Rozchorował się na żołądek czwartego dnia. Jego nie przekona do ponownej wizyty nawet najbardziej kolorowy billboard z najładniejszą blond-hydrauliczką.
Zebrała: Matylda Setlak
|