|
Czy kiedykolwiek była Pani na emigracji?
Trudno to tak nazwać… W dzieciństwie spędziłam półtora roku w Hiszpanii, ze względu na pracę mojego ojca. Z kolei jako dorosła osoba, mieszkałam przez pół roku w Meksyku - ale nie zamierzałam tam zostać. Wyjechałam z powodów osobistych. Potrzebowałam dystansu – w czasie i w przestrzeni.
Czy coś Panią tam zaskoczyło?
Za granicą zawsze spotyka nas coś nieprzewidzianego. Meksyk zaskoczył mnie przede wszystkim tym, że mimo znajomości języka… tak trudno było mi się porozumieć z ludźmi… Różnica mentalnościowa między Europą a Ameryką Łacińską jest ogromna, większa, niż przypuszczałam. W Hiszpanii czuję się jak w domu, Meksyk do końca pozostał dla mnie obcym krajem.
Czego się Pani nauczyła dzięki temu, co osiągnęła?
Moje doświadczenia z Meksyku bardzo mi się przydały - pozwoliły mi wiarygodnie opisać przygody bohaterów mojej książki „Śmiech iguany”.
Czym dla Pani jest patriotyzm? Czy jeśli ktoś po pięciu latach państwowych, bezpłatnych studiów wyjeżdża do WB lub Niemiec, by zarobić na mieszkanie lub samochód i pracuje tam jako kelner lub magazynier, zamiast w kraju w zawodzie, to jest patriotą czy nie jest?
Nie widzę związku między zarobkowaniem a patriotyzmem. Zresztą, pieniądze nie są jedynym powodem, dla którego się wyjeżdża. Jest jeszcze chęć zobaczenia świata, przeżycia czegoś nowego, nauczenia się języka… Czasem warto odłożyć pracę w zawodzie na później, po to, by zdobyć nowe doświadczenia, sprawdzić się w innym, obcym środowisku. Na tym między innymi polega wspólna Europa, że możemy wybrać miejsce, w którym chcemy żyć i pracować.
Każdy, kto przebywa dłużej za granicą dostrzega, że w porównaniu z innymi nacjami mamy kompleksy. Skąd według Pani się one biorą?
Ja chyba nigdy kompleksów nie miałam, może dlatego, że już w dzieciństwie zdarzyło mi się mieszkać za granicą. Wydaje mi się jednak, że kompleksy mogą się brać z zacofania cywilizacyjnego, jakie niewątpliwie było udziałem Polski przez połowę XX wieku.
Co według Pani trzeba zrobić, by Polacy jednak zostawali w kraju, a nie emigrowali?
Ludzie jadą tam, gdzie widzą dla siebie szansę na lepsze życie. Dobra praca, niskie podatki, ułatwienia dla osób przedsiębiorczych, jak najmniejsza biurokracja – wszystko to byłoby zachętą do pozostania. Ale nie widać, by w najbliższym czasie to się zmieniło…
Nie ma Pani wrażenia, że istnieje przepaść miedzy tym, co Polacy oglądają na ekranach telewizorów i czytają w kolorowych magazynach, a rzeczywistością, która dla przeciętnego Polaka jest bardziej szara...
Taka przepaść istnieje zawsze i wszędzie, bo telewizyjna rozrywka i kolorowe magazyny to rzeczywistość spreparowana, istniejąca sama dla siebie, nie mająca nic wspólnego z tym, co się dzieje naprawdę. To świat fikcji.
Wierzy Pani, że w Polsce będzie jeszcze kiedyś normalnie?
Bardzo w to wątpię. Myślę, że za wszystko to, co się nam nie podoba, możemy winić tylko siebie. Obarczamy winą polityków, ale to myśmy ich wybrali. Dlaczego właśnie ich? Widocznie nie było lepszych kandydatów. Może po prostu nie zasługujemy na żadną „normalność”… Coraz częściej dochodzę niestety do takiego wniosku.
Dla wielu Polaków jest Pani uosobieniem człowieka sukcesu, dlatego zapytam, co według Pani jest potrzebne, by osiągnąć sukces?
Nie ma jednej, uniwersalnej recepty, bo dla każdego sukces oznacza coś innego. Dla mnie sukcesem jest to, że robię to, co chcę, jestem niezależna i zawodowo spełniona. Jak to osiągnęłam? Uporem, pracą i… tym, że dopisała mi odrobina szczęścia.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Matylda Setlak
|